Spojrzałam w lustro. Znowu. Nienawidziłam siebie za to. Za to jak wyglądam i za to, że nie potrafię spojrzeć w lustro bez odrazy. "Przecież to nie twoja wina". To mówiło mi wiele osób. Czy im nie wierzyłam? Oczywiście,że wierzyłam. Czy to do mnie dotarło? Po takim czasie powinno. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jestem wampirem. Najprawdziwszym na świecie wampirem. Świadczyło o tym wszystko. Mój wzrok, węch, blada twarz(kontrastująca z brązowymi włosami), siła, szybkość, niehamowana chęć picia krwi, a co najważniejsze oczy. Były czerwone. Tak jak w tych książkach o wampirach, tylko, że one nie zmieniają koloru w zależności pitej krwi. Uwierzcie mi próbowałam. To tych właśnie oczu nienawidziłam najbardziej no i potężnego łaknięcia krwi. Nałożyłam kolorowe soczewki. Teraz moje oczy wyglądały jak błoto.
-Sereno? Jesteś gotowa?-zapytał James. Nie musiał mówić głośno. I tak go bym usłyszała. Westchnęłam i wyszłam z łazienki. James ubrany był jak zwykle, czyli dżinsowe spodnie i białą koszulę.
-Tak-odpowiedziałam mu krótko.
-Co się dzieje?-zapytał-Pamiętaj, że to był twój pomysł. Jeśli chcesz się wycofać to...
-Nie, nie wycofuję się-tak to był mój pomysł. Pozwólcie, że wam wszystko wytłumaczę. James to mój stwórca. Wampir, który mnie stworzył w tą okropną noc, kiedy znalazłam ukochanego martwego. Zabrał mnie do swojego domu i czekał na moje "zmartwychwstanie" a potem nakarmił ludzką krwią (oczywiście z żyły jakiegoś biednego człowieka). Byłam tak spragniona, że nie myślałąm jasno. Dopiero potem wszystko zaczęło do mnie docierać. Wpadłam w panikę i rozpacz, a ponieważ wszystkie moje emocje zwielokrotniły swoją moc, spróbujcie sobie wyobrazić jak mogłam się czuć. Co najważniejsze znienawidziłam Jamesa za to co mi zrobił. Kiedy go zapytałam dlaczego to zrobił, zbył mnie jakąś wymówką. A na pytanie dlaczego ja-odpowiedział, że to dlatego, że jestem wyjątkowa. Zabronił mi rozmawiać na ten temat. Stwórcy mają taką moc, że jeśli coś rozkażą to tak ma być, tak jakby odbierali nam wolną wolę na dany temat. Po za tym nie można od nich odejść dopóki sami nam nie pozwolą. A po za tym byliśmy wolni. Jeśli można to tak nazwać. James nie pozwolił mi odejść. Wykręcał się tym, że niczego nie umiem i że muszę się wszystkiego nauczyć a może wtedy pozwoli mo odejść. Nauczyłam się z nim żyć jakoś. Te sto lat razem czegoś mnie nauczyły co do niego. James wyglądał na 25, chociaż miał z 400 lat . Wysoki, przystojny nawet brunet. Dystyngowany. Tylko te oczy. Każdy wampir miał takie. Zwykle trzymaliśmy się na uboczu, albo w towarzystwie innych wampirów, najczęściej arystokracji. Nie pozwalał mi zadawać się z ludźmi. Ale ile tak można. W końcu udało mi się przekonać go, aby pozwolił mi "pożyć" życiem takim jaki mają ludzie. Dziś miał być mój pierwszy dzień w szkole.
-Dam sobie radę-spojrzałam mu w oczy-Jakby coś się działo mam komórkę. Zadzwonię.
-W porządku. Odwiozę cię-nie mogłam z nim dyskutować. Naciągnął na siebie skórzana kurtkę a na oczy nałożył ciemne okulary (pomimo, że nie świeciło słońce, James nie uznawał soczewek kolorowych) i poszedł za mną do naszego czarnego, dużego samochodu. Kiedy ruszyliśmy, spojrzał na mnie.
-Dobrze, trzeba jeszcze dobrać ci tożsamość...
-Nie James, proszę. Chcę chociaż raz mieć swoje własne imię. Po za tym podałam je już, przy składaniu dokumentów. Nazwisko tylko jest fałszywe. McCartney.
-Takie wyświechtane-stwierdził, na co spojrzałam na niego groźnie-No dobrze, niech ci będzie, jeszcze dziś załatwię odpowiednie dokumenty. Mów wszystkim, że jestem twoim starszym bratem.
-Dobrze-zgodziłam się. To pierwszy raz kiedy James podaje się za mojego brata. Wiele razy byłam jego kuzynką, dziewczyną, żoną, kochanką (oczywiście dla nie wtajemniczonych. W życiu bym tego nie zrobiła z NIM).
-Jesteś może głodna?-pokręciłam głową przecząco-W termosie w torbie masz ciepłą świeżą krew jakby coś. Hamuj się przy ludziach, pamiętaj o ludzkich odruchach...
-Tak, tak. Wiem. Poruszać się wolno, garbić ile wlezie, nie stać za długo i nie syczeć na nielubianych...Mówiłeś mi to już ze sto razy.
-Dobra-powiedział sloganem współczesnych ludzi-widzę, że jesteś przygotowana. Przyjadę po ciebie po lekcjach. Leć do szkoły na lekcje, tylko nie traktuj tego dosłownie-zaśmiał się. Uśmiechnęłam się sztucznie, rzuciłam mu: do zobaczenia i wysiadłam z samochodu. Szkoła wyglądała jak wszystkie inne, pełne rozwrzeszczanych dzieciaków. Poszłam od razu do sekretariatu. Z biurkiem siedziała kobieta w średnim wieku, blondynka, na nosie miała okulary, głośno stukała w klawiaturę.
-Dzień dobry-powiedziałam a kobieta spojrzała na mnie jak na idiotkę-Jestem nową uczennicą-podeszłam do biurka.
-Nazwisko-powiedziała urzędowym tonem.
-McCartney. Serena McCartney-kobieta wystukała coś na klawiaturze.
-Rzeczywiście. Witaj w McLinleyHigh. Proszę oto twój plan zajęć oraz numer i kod do szafki. Zajęcia zaczynają się za 10 minut.
-Dziękuję-powiedziałam i skierowałam się do wyjścia. Ze znalezieniem szafki nie miałam problemu. Włożyłam książki, zostawiłam tylko te potrzebne oraz termos od Jamesa. Skierowałam się do sali. Pierwsza lekcja to matma z moim wychowawcą. Kiedy zaszłam (a szłam powoli, żeby nie wzbudzić sensacji) wszyscy już siedzieli na miejscach. Podeszłam do nauczyciela z karteczką i wręczyłam mu ją. On tylko spojrzał na nią, potem na mnie a potem zwrócił się do klasy.
-Słuchajcie to jest Serena McCartney, nasza nowa uczennica. Przyjmijcie ją uprzejmie. Sereno usiądź tam-wskazał mi ławkę pod oknem, jedyna wolna. Usiadłam tam i od razu moją uwagę przykuł jeden chłopak. Siedział po drugiej stronie klasy. Miał skórę brązową od słońca i blond włosy, niebieskie oczy, kiedy się skupiłam poczułam jego zapach. Pachniał morzem. W pewnym momencie spojrzał na mnie a ja pierwszy raz od stu lat speszyłam się i spojrzałam znowu na tablicę i skupiłam się na lekcji. Ciężko było mi nie patrzeć w jego stronę. Ale udało mi się. Jak tylko zadzwonił dzwonek, zerwałam się na nogi i jako pierwsza opuściłam klasę.
-Cześć, ty jesteś Serena. Prawda?-podszedł do mnie chłopak, którego pierwszy raz w życiu widziałam. Był wysoki, ciemne włosy, piwne oczy.
-Tak, odpowiedziałam.
-Ja jestem Tom, a to jest Clara- wskazał na dziewczynę, średniego wzrostu, o rudych włosach, piegach i zielonych oczach.
-jeśli nie znasz tu nikogo to możemy dotrzymać ci towarzystwa-w sumie to oni spadli mi tak z nieba. Tylko, że oboje świetnie pachnieli i nie mam tu na myśli ich perfum. Po prostu bardzo długo nie przebywałam z ludźmi. Postanowiłam zaryzykować.
-Jasne, byłoby miło-uśmiechnęłam się.
-Ekstra. Więc witaj w McLinleyHigh. Jaką masz następną lekcję?
-Historię.
-Świetnie to tak jak my. Chodźmy
***
-To powiedz nam skąd jesteś?-zapytał Tom kiedy siedzieliśmy już na lunchu.
-Urodziłam się w Londynie. Trochę podróżowałam.
-Więc co sprowadza cię do Seattle? Takiego zadupia?
-Może to, że byłam zmęczona tymi wielkimi miastami-uśmiechnęłam się. Wszyscy zaczęliśmy pochłaniać hamburgery i frytki. Zaskoczeni? Mogę jeść ludzkie jedzenie dopóki dostarczam odpowiednią ilość krwi do organizmu. Nagle zobaczyłam GO. Tego chłopaka z lekcji matematyki. Siedział przy jednym stoliku razem z innymi chłopakami. Śmiał się. Widziałam, każdy nerw na jego twarz, który poruszał się przy uśmiechu. Widziałam jego dołki, które się robiły przy uśmiechu i jego puls bijący na szyi. Odwróciłam czym prędzej wzrok.
-Kto to jest?-zapytałam Toma.
-To jest Nick Night. Należy do drużyny futbolowej. Nie zawracaj sobie nim głowy. Każda ma na niego oko.
-Nie zamierzam-skłamałam i znowu spojrzałam na niego.
Świetny blog. Kocham te klimaty :)) Pisz dalej *_*
OdpowiedzUsuń